czwartek, 2 czerwca 2016

Dramat z kosmosu, joł

CHARLES Charlie LANGHORNE
trzydzieści osiem lat — dziesięć spędzonych w więzieniu

Dziesięć lat, jeden miesiąc i siedemnaście dni. Trzy tysiące siedemset jeden dni. Osiemdziesiąt osiem tysięcy osiemset dwadzieścia cztery godziny. Pięć milionów trzysta dwadzieścia dziewięć tysięcy czterysta czterdzieści minut. Twoja wieczność zamknięta w ramach czasowych. I łóżko twoje twarde, i bezsennością spowite noce, i krzykiem rozdzierana cisza. Nie masz już życia, nie tutaj, gdzie stoisz na najniższej pozycji w hierarchii, gdzie za niewinność katują się, pozbawiają resztek człowieczeństwa. Stworzony jesteś ze wspomnień, a i te uciekają z dnia na dzień, zostawiając po sobie jedynie strach, niemoc i podbite oczy. Bliski jesteś skończenia wszystkiego, bo kiedy nie ma się nic, wszystko to niewielka cena za spokój. I wtedy słyszysz, że to koniec, że twoja wolność zostanie ci zwrócona, że cała ta farsa zrodzona z błędu została rozwiązana. Nie potrafisz już płakać, więc śmiejesz się, po uszy zatopiony w histerii. Świat ten już nie jest dla ciebie, ty dla tego świata również. 

⚣ ♣ ⚣

ZACHARY Zach LEVITT
dwadzieścia siedem lat — dziesięć lat spędzonych w niewoli


wtorek, 10 lutego 2015

Pan ojciec doskonały, co by nie było, że zły i niedobry. I syn, tak bardzo odbiegający od ideału, że aż miło.


Roswell Tresckow, 41
ojciec, pisarz
Chodź do mnie, rozbierz mnie od słowa do słowa, aż będę przed Tobą nagi recytował upiorne wiersze zakazanych poetów. Chodź do mnie, a pokażę Ci ostrość wszystkich barw skrywanych od dekady. Chodź do mnie, zabiorę Cię na mój początek, z którego paliczki moje i żebra obserwować będziemy zlęknieni. Chodź do mnie, jestem Ci przecież najbliższy, najdroższy. I choćbym miał podciąć żyły światu, dla Ciebie zawsze będzie on w jednym kawałku, bo przecież to ja jestem Himalajami, Morzem Czerwonym, jestem Ameryką i Kambodżą. Jestem więc wszystkim, czego tylko byś nie szukał, każdym złamaniem kolorów, każdym wartkim strumieniem, wypaloną zapałką, zwęgloną kartką papieru. Chodź więc do mnie, znajdź dla mnie miejsce pod opuszkami swoich palców. Zawalcz dzielnie, bo mogę uciekać i krzywdzić, ale wiedz, że nie uciekam od Ciebie tylko dla Ciebie, nie krzywdzę Ciebie tylko dla Ciebie. Bo Ty jesteś w epicentrum wszechświata, gdzie moje dobro spotyka się ze złem, rozstrzygając między sobą czy dzisiaj będę Twój, czy poczekamy do jutra.




Philip Lip Tresckow, 19

syn marnotrawny, piercer

Życie na krawędzi, pragnienie ciągłego dreszczyku emocji i wszystko to, co moralnie niedozwolone - właśnie to nim rządzi.
Dawniej gonił tylko za tym, by w czymkolwiek dorównać własnemu ojcu. Chciał być poważny i dojrzały jak on, chciał pisać jak on, mówić, wyglądać, chodzić jak on… Wreszcie porzucił to płonne pragnienie włącznie ze szkołą i domem, na rzecz bardziej realnych marzeń. Wystarczyło uciec, zaszyć się pod mostem, a później uczepić się kurczowo przypadkowo poznanych ludzi, żeby od podstaw stworzyć własne Ja i w pełni je zaakceptować. Jednak pomimo to wciąż coś się w nim tliło, a pod żebrami czuł znajome kłucie, gdy myślał o tym, kim chciał być wcześniej.
I stąd niespodziewany powrót do rodzinnego domu, znoszenie żalu matki i to dziwne, tak bardzo trudne do określenia uczucie, gdy ledwie tylko krzyżuje z ojcem spojrzenie.

czwartek, 8 stycznia 2015

Let me be your Jimbo...


Jim Jimbo Hawkins
27, diler, konstruktor

Pije mleko wprost z kartonu i często zostawia otwartą lodówkę. Zapomina o płaceniu rachunków, nie wyrzuca śmieci, zbiera kupony promocyjne z gazet i kładzie nogi na stole. Wierzy w wielkanocnego zająca, lubi czytać ostatnią stronę książki na samym początku. Nie rozdziela czarnych ubrań od kolorowych, robiąc pranie. Zasypia w salonie, głaszcząc kota. Piecze kruche ciastka. Kupuje cukierki na Halloween. Ogląda czarno-białe filmy. Mówi za dużo. W poniedziałki próbuje topić się w wannie, bo nie potrafi zrobić jajecznicy. Je trzydziestosekundowy ryż z mikrofalówki, czyta przegląd sportowy, mimo że zupełnie nie obchodzi go hokej ani piłka nożna i zamiast prać skarpety, żeby były do pary, nosi dwie inne. Lubi liczyć piegi na cudzych nosach i pieprzyki na plecach. Nie posiada krawatu ani muchy. Przygarnia wszystkie opuszczone zwierzęta i jest właścicielem małego zoo, liczącego trzy psy, starego kocura i papugę. Nic w mieszkaniu nie jest nowe: kanapa pochodzi z wysypiska, a czajnik to pozostałość po poprzednim właścicielu. Jesienią buduje karmniki, a wczesną wiosną sadzi w ogrodzie pomidory. Zdziera sobie gardło na kolejkach górskich i zajada się ze smakiem watą cukrową. Przesiaduje na dachach, porusza się na deskorolce i nosi papierosy w dziurawych kieszeniach. Sprzedaje prochy na rogu ulicy, wciąga trzy kreski na kolację. Poranki spędza z młotkiem w dłoni i szlugiem w ustach, tworząc to, co jeszcze niestworzone, niewymyślone. I wcale nie jest zły, może tylko trochę zdziczały. Może jedynie ma w sobie trzy kilogramy szaleństwa, a z owsianką wciska w siebie tysiące chorych pomysłów. 

48 lat, kucharz, złodziej

Nie do końca potrafi odnaleźć się w tym świecie. Za bardzo przywykł do nowych technologii, których tutaj ma jedynie marną namiastkę. Niesamowicie boli go świadomość tego, że odkąd się tu znalazł, nie może już wykonać wszystkich czynności zautomatyzowaną ręką, która nagle stała się zwyczajną protezą. Mimo to wcale nie okazuje słabości i wciąż idzie z podniesioną głową.
Otwarcie mówi, że niczego się nie boi, za niczym nie tęskni i generalnie, to gardzi wszelkimi uczuciami wyższymi, co wyjątkowo odbiega od prawdy. Kłamie wręcz doskonale i ma niezły ubaw z min tych, którzy nabierają się na usłyszane brednie.
Pragnienie bogactwa często wyrywa mu się spod kontroli. Potrafi szybko zyskać zaufanie drugiego człowieka, więc korzysta z tego przy byle okazji. Przygotowuje wyborne dania, których nie sposób uświadczyć nawet w ekskluzywnych restauracjach. Kradnie wszystko, co może mu się przydać i zawsze wychodzi z tego cało. Wykorzystuje innych do brudnej roboty, praktycznie nie rozstaje się z papierosem, świetnie żartuje, upija się rumem i uwielbia twarde materace, choć i tak preferuje spanie pod gołym, rozgwieżdżonym niebem.