czwartek, 2 czerwca 2016

Dramat z kosmosu, joł

CHARLES Charlie LANGHORNE
trzydzieści osiem lat — dziesięć spędzonych w więzieniu

Dziesięć lat, jeden miesiąc i siedemnaście dni. Trzy tysiące siedemset jeden dni. Osiemdziesiąt osiem tysięcy osiemset dwadzieścia cztery godziny. Pięć milionów trzysta dwadzieścia dziewięć tysięcy czterysta czterdzieści minut. Twoja wieczność zamknięta w ramach czasowych. I łóżko twoje twarde, i bezsennością spowite noce, i krzykiem rozdzierana cisza. Nie masz już życia, nie tutaj, gdzie stoisz na najniższej pozycji w hierarchii, gdzie za niewinność katują się, pozbawiają resztek człowieczeństwa. Stworzony jesteś ze wspomnień, a i te uciekają z dnia na dzień, zostawiając po sobie jedynie strach, niemoc i podbite oczy. Bliski jesteś skończenia wszystkiego, bo kiedy nie ma się nic, wszystko to niewielka cena za spokój. I wtedy słyszysz, że to koniec, że twoja wolność zostanie ci zwrócona, że cała ta farsa zrodzona z błędu została rozwiązana. Nie potrafisz już płakać, więc śmiejesz się, po uszy zatopiony w histerii. Świat ten już nie jest dla ciebie, ty dla tego świata również. 

⚣ ♣ ⚣

ZACHARY Zach LEVITT
dwadzieścia siedem lat — dziesięć lat spędzonych w niewoli


3 komentarze:

  1. Wolność nie smakuje tak dobrze jak powinna, nie ma w niej słodyczy, jedynie gorycz tych ulic, tych domów, które wcześniej mijał z uśmiechem na twarzy, a teraz z głową w dół opuszczoną, jakby wzrok tych ludzi mijanych przetrącić go mógł na drugą stronę. I nie ma w sobie spokoju, dźwięk każdy wprawia go w niemoc. Chciałby pozostać w czterech ścianach do końca świata, co by się nie narazić potencjalnemu złu, co poprzednim razem na dziesięć lat zagoniło go w nicość. Lodówka jednak pusta, żołądek również i nikt nie pali się by przybyć z pomocą. Z mieszkania wychodzi późnym wieczorem, zmniejszając prawdopodobieństwo spotkania kogokolwiek. Wchodzi do sklepu monopolowego, kupuje dwie butelki wódki, papierosy i trzy gotowe dania z lodówki. Płaci, bez słowa wychodzi i ściska w dłoni tę siatkę, jakby od niej zależeć miało jego życie. Słyszy własne kroki odbijające się w nocnej ciszy, słyszy świerszcze i widzi niebo, za którym tęsknił, ledwo mogąc przypomnieć sobie księżyc. A teraz, widząc go, widząc gwiazdy, przystać musi choćby i na sekundę i przez moment nie zauważa nawet, że znajduje się przed tym domem, przed tym konkretnym domem, końcem jego istnienia. Do rzeczywistości przywraca go cień migający pod jedną z latarni. Odwraca się w tamtym kierunku i zamiera w bezruchu, prawie wypuszczając z dłoni siatkę z zakupami. Serce zaczyna bić szybciej, oddech staje się płytszy, a on płonie, spala się i nie może odrodzić, nic, nic z tych popiołów nie chce powstać na nowo. Stoi więc, milczący i zbolały, gotów rozpłynąć się w rozpaczy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dla Zachary'ego wolność nie istnieje. Gubi się w pustce, jaką sam na siebie sprowadził już tamtej nocy, kiedy odważył się uciec. Od tamtej pory ucieka wciąż, raz za razem. Od snu i własnych myśli, od rodziny, która mimo to okazuje mu wsparcie na każdym kroku. Jawne współczucie dotyka go równie mocno, co unikanie tematu. Obłęd. Dusi się tym, dławi własnymi łzami bez przerwy, niemalże wciąż czując gruby, szorstki sznur oplatający szyję. Unika rozmów, pozostając z terapeutą w martwym punkcie, nie dając sobie nawet cienia szansy na polepszenie stanu wyniszczonej psychiki. Zamyka się w czterech ścianach własnego umysłu i zwyczajnie wegetuje, skoro właśnie tego został nauczony poprzez relację z oprawcą. Gani się za każdą myśl dotyczącą tego mężczyzny, kiedy chwilami, tkwiąc na granicy jawy i snu rozważa nad tym, co się z nim dzieje, o czym myśli, czy sobie radzi...
    Teraz, gdy nie potrafi wypchnąć sprzed oczu żywych obrazów tego, co działo się przez te ostatnie lata, pozwala sobie na najczystszą złość. Zrzuca z półek wszelkie ślady dawnego życia, depcze po nich, wyrywa kartki z pochwyconych w furii książek, zdrapuje farbę ze ścian, póki nie czuje piekącego bólu pod paznokciami, pomiędzy tym wrzeszcząc, by zostawiono go samego. I dopiero wtedy, gdy staje pośrodku tego bałaganu i wsłuchuje się w ciszę, czuje, że wreszcie może wziąć głębszy oddech. Przysiada na parapecie otwartego okna i opada z sił, pozwalając rozszalałemu sercu na unormowanie swego bicia. Twarz, którą widzi ledwie chwilę później rozpoznałby wszędzie, pomimo minionych lat i marnego oświetlenia, jakie daje stojąca przy ulicy latarnia. Nim orientuje się w tym, co właściwie się dzieje, stoi już na zewnątrz i drży na całym ciele nie wiedząc jeszcze, czy to z powodu chłodu czy kotłujących się w nim uczuć. Chce się odezwać, zburzyć tę ciszę, jaka w obecnej sytuacji nie koi już zszarganych nerwów, a przyczynia się do większych wątpliwości, ale nie potrafi wydobyć z siebie głosu. Charlie... Powtarza w duchu imię, mimowolnie poruszając jedynie ustami. Na nic więcej zwyczajnie go nie stać.

    OdpowiedzUsuń
  3. Milczenie spowija ich obu, jak ciemność dookoła, zaplata ich języki, nie pozwala na zmącenie ciszy. Langhorne ma nadzieję, że jeżeli nie usta, ruszy choć nogami, zatopi się w nocy i ucieknie do swojej nory, czterech ścian względnego spokoju, gdzie nie będzie jego, gdzie nie będzie wspomnień tak żywych, że bijącym sercem mogłyby mu umysł wykastrować na trzynaście różnych sposobów. Nogi jednak, jakby przykład biorąc z języka, zapominają o swojej roli i utrzymują go jedynie, co wydaje się niemal nadmiarem w tej sytuacji, bo dusza jakby martwa, leży już obok, gotowa by skomleć.
    Mętlik w głowie przerzedza się. Obrazy stają się wyraźniejsze, uczucia bardziej klarowne. Ta złość staje się ogniem, nienawiść czystą furią, a ból agonią nie do zniesienia. Charles chce rozerwać tego chłopaka na strzępy, tak jak marzył o tym przez dziesięć ostatnich lat. Chce zębami rozszarpać jego tętnicę szyjną, palce wbić pod skórę i zniszczyć go od środka, tak jak jego obecność zniszczyła mu życia. Bezruch więc ma swoje zalety, odkłada zabójstwo na inny wieczór, kiedy ciało przestanie go oszukiwać, kiedy wewnętrzny lament ucichnie.
    — Słyszałem, że wróciłeś - mówi, zaskoczony własnym głosem. Nie spodziewa się tego, tak jak tonu, który nazbyt spokojny, wzbudza w nim trwogę, że skro język się rozwiązał to może i chęć mordu przybierze na sile i tu jeszcze, tutaj, na środku ulicy, dopadnie go. - A teraz zejdź mi z drogi – dodaje chłodno, wpatrując się w niego wzrokiem równie lodowatym. Ta miłość, którą kiedyś go darzył zniknęła w dzień siedemdziesiąty trzeci zniewolenia i wydaje się, że nic nie jest w stanie, by zrodzona z niej nienawiść mogła stopnieć równie szybko.

    OdpowiedzUsuń